Perypetie Stolicy Aposolskiej (AdMyZ)

Autor: Jego Eminencja ks. kard. Aurelio Lorenzo Carlo de Medici y Zep

Wpierw, nim przejdę do omawiania tematu, pragnę uspokoić Drogich Czytelników. Tak, dobrze widzicie Siostry i Bracia, Ad maiorem Dei gloriam! wraca do życia, choć złośliwi mogliby stwierdzić, że jedynie krzyczy spod nagrobnej płyty. Kilkumiesięczna przerwa w redagowaniu naszej gazety była wręcz naturalna. Wróciliśmy do pracy, na uczelnie, do szkół. Czasu na Rotrię brakowało, a ten, który pozostał, wykorzystywaliśmy raczej na podstawową mikronacyjną działalność. Również teraz nie chcę obiecywać, że wracamy do stałej aktywności. Raczej chcę zapewnić, że czasopismo nie umarło, lecz zawsze gotowe jest opisywać naprawdę istotne bieżące wydarzenia w Stolicy Apostolskiej.

Czym zatem podyktowany jest mój powrót do zakurzonej redakcji Ad maiorem Dei gloriam!? Ostatnie wydarzenia są na tyle ciekawe i ważne, że warto je opisać, a także uwiecznić dla przyszłych pokoleń, bowiem nasz periodyk pełni też rolę swego rodzaju kroniki wydarzeń. Kończąc zatem ten nieco przydługi wstęp, zapraszam do zapoznania się z moimi przemyśleniami na temat ostatnich, tytułowych perypetii Stolicy Apostolskiej.

Ostatnie tygodnie były dla wiernych Kościołowi Rotryjskiemu ciężką próbą samodzielności.  Ojciec Święty Sylwester I zniknął bez zapowiedzi na czas dwóch tygodni. Pomimo tego, wierni wcale nie podzielili nieobecności. Kościół zyskał nowego duchownego, Przewielebnego Księdza Pawła Buddusa, intensywnie toczyły się dyskusje nad przyszłymi losami Zakonu Rycerskiego. Ze spraw przykrzejszych, niewiele wcześniej Patrymonium opuścili dwaj niezwykle ważni działacze: Jego Eminencja Wilhelm Orański oraz jego dziadek, Jego Eminencja Albert Orański. Kolegium Kardynalskie było w składzie osobowym równym zeru, nie licząc Jego Świątobliwości po zakończeniu pontyfikatu. To wróżyło bardzo źle przyszłości Kościoła. Nieobecny Ojciec Święty, brak kardynałów. Co zrobić w sede vacante?  Jak wybrać nowego patriarchę? To rozpaczliwe pytanie zadał sobie w swej roztropności jedynie jeden kapłan, jezuita, Przewielebny Ksiądz Tommaso Mancini, redaktor naczelny Le Porte della Rotria. 

Kapłan ten podjął się kroku równie dramatycznego, jak odważnego i kontrowersyjnego. Cokolwiek nie uważamy o tym działaniu, należy pamiętać, że było ono podyktowane najwyższą troską o przyszłe losy Państwa Kościelnego i Kościoła Rotryjskiego. Ksiądz Mancini zaproponował na auli soborowej detronizację Ojca Świętego. Wydawać się może, iż decyzja ta wypływała z gniewu i oburzenia, lecz po głębszej refleksji Czytelnik dojdzie do zgoła innego wniosku. Jeśli spełniłby się najczarniejszy scenariusz, a Ojciec Święty nie zdołałby wrócić do Patrymonium Świętego Pawła przed zakończeniem swego pontyfikatu i mianować choćby dwóch kardynałów, Rotria, pomimo zapału wiernych, byłaby na krawędzi upadku.

Powagę sytuacji podnosi fakt, że x. Nicolo Dreder (dziś już Jego Eminencja), Legat Soborowy, przyjął wniosek i poddał temat pod dyskusję. Niewiele czasu minęło, a na forum pojawił się Ojciec Święty! Na tym jednak nie koniec wydarzeń.

Do odpowiedzi poczułem się wezwany ja, piszący ten artykuł Aureliusz de Medici y Zep. Zwróciłem uwagę na kilka moich wątpliwości co do projektu dekretu, bowiem nie byłem pewien, czy Sobór ma w ogóle władzę detronizacji Patriarchy. I w istocie Sobór takiego prawa nie ma, lecz jak słusznie zauważył pomysłodawca, inter armas, silent leges. 

Szczęśliwie jednak niewiele później Jego Świątobliwość zabrał głos i wystosował do Ojców Soborowych swój list. Dało się wtedy odczuć nagłą zmianę nastrojów w Państwie Kościelnym, zarówno na forum publicznym, jak i w rozmowach kuluarowych. Spadła bowiem na nas wiadomość wyjątkowo trudna i smutna. Specyficznie smutna, jak na warunki mikronacyjne. Rzadko bowiem mawia się publicznie w Rotrii o tak intymnych sprawach realnych, jak stan swego zdrowia fizycznego. Jego Świątobliwość przeprosił Rotryjczyków za niezapowiedzianą nieobecność, po czym poinformował, że jest w trakcie przyjmowania chemioterapii. Z najróżniejszych stron spłynęły życzenia zdrowia i zapewnienia o wsparcia. Ja również, jako Generał Societas Iesu, a także jako redaktor  Ad maiorem Dei gloriam! składam raz jeszcze Jego Świątobliwości najszczersze życzenia powrotu do zdrowia, skutecznej terapii i jak najmniej jej skutków ubocznych. Zapewniam o moim wsparciu.

Niedługo po publikacji listu wydarzyło się coś, czego nikt nie spodziewał się tego wieczoru. Oto Ojciec Święty rozwiązał jeden z największych problemów prawnych Państwa Kościelnego i wydał aż trzy nominacje kardynalskie! Książętami Kościoła zostali kolejno: moja osoba, jako Kardynał Biskup, x. Nicolo Dreder, jako Kardynał Prezbiter oraz x. infułat Marcin Zagłoba jako Kardynał Diakon. Jednocześnie bez wydania dokumentu kolory na zielony zmieniły kapelusze Ich Eminencji Alberta i Wilhelma Orańskich, których sytuacja jest teraz niejasna. To wydarzenie jest moim zdaniem jednym z najbardziej istotnych wydarzeń tego pontyfikatu. Należy mieć na uwadze, że doszło do całkowitego przebiegunowania kolegium, zupełnej zamiany pokoleniowej. Choć JE Mikołaj Dreder działa w mikronacjach od dawna, powrócił po dłuższej przerwie dopiero w lipcu 2018 r. JE Marcin Zagłoba to zupełnie nowy kapłan, który przybył w tym samym miesiącu. Nie minęło nawet pół roku od nadania mu nominacji prezbiteratu! To całkowicie nowa krew w Kolegium. Ja zaś działam w Rotrii od sierpnia 2017 roku i więcej o moich perypetiach można poczytać na naszej stronie. Nie ulega jednak wątpliwości, że reprezentuję młode pokolenie Rotryjczyków i naturalnym jest, że mam często inne spojrzenie na wiele spraw niż moi poprzednicy.

Co to oznacza dla Rotrii? Być może całkowitą zmianę kierunku w jakim Rotria teraz pójdzie. Weźmy pod uwagę, że młodzieńczy zapał i świeżość zastąpiły teraz sędziwą mądrość i doświadczenie. Nie sposób przewidywać co to oznacza dla Rotrii, najbliższe tygodnie i miesiące pokażą. Możemy być jednak pewni, że czekają nas niespodziewane i interesujące zmiany.

 

Reklamy

Komunikat Prasowy #1 – Kongregacja Generalna

Komunikat prasowy dotyczący zmian przeprowadzonych przez I Kongregację Generalną Towarzystwa Jezusowego.

10 sierpnia Roku Pana Naszego Jezusa Chrystusa 2018 w Apostolskim Mieście Rotria bracia jezuici, z polecenia Ojca Generała, zebrali się na pierwszej w historii Towarzystwa Kongregacji Generalnej. Gremium to zostało zwołane celem dokonania koniecznych reform, mających na celu dostosowanie się do obecnej sytuacji zarówno Kościoła, jak i Towarzystwa. Wczorajszego dnia, tj. w święto świętego Joachima, Ojca Najświętszej Maryi Panny, zdecydowaną większością głosów Ojcowie Jezuici uchwalili nową konstytucję Towarzystwa. Została wprowadzona 4 – miesięczna kadencyjność urzędu generalskiego, a także została przewidziana możliwość włączenia wiernych oraz duchownych świeckich w dzieło Towarzystwa poprzez utworzenie Trzeciego Zakonu.

W związku z ogłoszeniem nowej konstytucji Ojciec Generał, Jego Ekscelencja Ksiądz Biskup Aurelio Lorenzo Carlo de Medici y Zep SJ, złożył rezygnację, która wejdzie w życie o 23:50, 17 sierpnia, w święto świętego Jacka. W liście rezygnacyjnym czytamy :

Dziś przyjęta Konstytucja Generalna Towarzystwa Jezusowego ściśle reguluje kwestie związane z wyborem Generała. Zważywszy na fakt, że czasy marazmu w Zakonie, kiedy to mnie Ojciec Święty wyznaczył na Generała, bezpowrotnie minęły, chcę oddać sprawę wyboru pasterza naszej wspólnoty w ręce Braci.

Zgodnie z tą moją wolą, na podstawie Art. 8, §5. Constitutio Societas Iesu, rezygnuję ze stanowiska Generała Towarzystwa Jezusowego.

Cała wspólnota jezuicka dziękuje Ojcu Generałowi za dotychczasową, jakże owocną pracę na rzecz Towarzystwa. Nie był on tylko sprawnym administratorem, ale przede wszystkim dobrym pasterzem, który wyprowadził Towarzystwo z marazmu. Na stałe zapisał się on na kartach historii jezuickiej jako wielki odnowiciel.

Do czasu wyboru nowego Generała zarząd nad zakonem przejmie nowomianowany Progenerał, ojciec Michelangelo Piccolomini SJ. On także przejmie przewodnictwo nad obradami Kongregacji.

W imieniu Kongregacji Generalnej,
x. Tomasz Mancini SJ

Prawosławny w Państwie Kościelnym – Piotr Pawłowicz

Autor artykułu: brat Piotr Pawłowicz 

Początki dla innowiercy w miejscu takim jak Rotria są różne. Ja osobiście od samego początku czuję się dość dziwnie, wszystko jest inne niż w świecie Prawosławia. Tylu Zakonników, coś nietypowego. Z jednej strony jest to dość straszne, że na każdym kroku można znaleźć samych kapłanów, lecz z drugiej zaś, jest to urokliwe. Dziwnym uczuciem jest próba ubrania tego w słowa. Człowiek, który nigdy nie chciał się zbytnio zagłębić w struktury kościelne, ląduje w Państwie Kościelnym za pośrednictwem jego przyjaciela, który mówi mu „Spokojnie, poradzisz sobie”. Z czasem sam się zmieniasz tylko po to, aby pasować do otoczenia, są zwyczaje których za żadne skarby świata nie zmienisz, a są też takie, które zmieniasz dla swojego dobra. Przyjmujesz do serca Majestat Patriarchy, który jest nad wszystkimi biskupami, mimo tego, że w Twojej religii nie było nigdy jednej „dominującej” osoby, ponieważ wszyscy patriarchowie byli równi. Nie rozumiesz faktu, że szeregowego duchownego obowiązuje celibat, Msze są odprawiane w dziwny jak dla Ciebie sposób. Kraj jak i jego mieszkańcy bardzo ciepło Cię przyjmują, a jednak dalej czekasz na to, aby się zaklimatyzować zrozumieć tutaj żyjących oraz zrozumieć cnoty panujące w tym miejscu. Kraj piękna, a zarazem majestatu jednej osoby. To miejsce trochę przypominało mi z początku Brodrię, „Ja tutaj rządzę, a wy jesteście moimi poddanymi”, teraz to miejsce bardziej mi przypomina zwyczajną lekką demokrację, która ma jakiegoś niby władcę nad soba, który jest zbyt serdeczny i miły. . Żaden kraj nie był w stanie przykuć mej tak wielkiej uwagi jak to miejsce. Boję się, że nie będe mógł z niego odlecieć, a z drugiej strony cieszę się że spotkałem w końcu kraj, w którym nie muszę podziwiać majestatu rządzącego, ponieważ jest on ojcem przewodnikiem, a nie absolutem. Reszte dopowiedzcie sobie sami bracia.

Co nam dał Pius VI? Subiektywna ocena pontyfikatu i dyskusji z nim związanej. (AdMyZ)

Autor artykułu: Jego Ekscelencja Aurelio Lorenzo Carlo de Medici y Zep SJ

Wspominałem kiedyś, że ocenianie Biskupa Powszechnego podczas trwania jego pontyfikatu uważam za niebezpiecznie balansujące na granicy przyzwoitości. Dziś, kiedy Jego Eminencja Albert Orański powrócił do stanu kardynalskiego, a stery Łodzi Pawłowej przejął Jego Świątobliwość Ojciec Święty Sylwester I, możemy swobodnie dyskutować i przedstawiać swoje wizje tego roku, kiedy Sługą Sług Bożych był Pius VI.

Zauważyłem, że w ostatnim czasie wielu komentatorów rotryjskiego życia publicznego przedstawia opinie niepochlebne, przedstawiając Piusa VI jako Patriarchę nieaktywnego, dalekiego od prostego ludu, który powinien zostać prędko zastąpiony. Nie zamierzam z tymi opiniami polemizować, znając złożoność otaczającego nas świata, mogę pokusić się o stwierdzenie, że tyle samo jest w nich prawdy, co fałszu. Chcąc jednak zachować zdrową równowagę w rotryjskiej prasie, a także w trosce o umysły i wiedzę przyszłych pokoleń Rotryjczyków, postanowiłem uczynić coś zgoła przeciwnego. W niniejszym artykule postaram się odpowiedzieć na tytułowe pytanie: „Co dał nam Pius VI?”, czyli opowiedzieć co mu zawdzięczamy i za co powinniśmy pozostać wdzięcznymi, bez względu na nasze osobiste sympatie i animozje polityczne. Ktoś powie, że nie należy dolewać oliwy do ognia. Ja natomiast sądzę, skoro już dyskutujemy, powinniśmy tę dyskusję utrzymać aż do uzyskania konsensusu. Zwłaszcza, że szczególnie negatywne ocenianie tegoż pontyfikatu uważam za po prostu niesprawiedliwe. Być może zawiodłem tych, którzy oczekiwali „rozlewu krwi”. Być może ktoś powie, że nie dostrzegam negatywów. Przeciwnie, dostrzegam je, lecz o nich już powiedziano. Powiedziano być może nawet nazbyt wiele.

Nie chciałbym w tym artykule słowo w słowo cytować mowy byłego już Ojca Świętego z Audiencji Generalnej kończącej pontyfikat, bowiem ona dobrze oddaje jego zasługi. Chciałbym o owocach jego pasterskiego posługiwania opowiedzieć z perspektywy zwykłego Rotryjczyka, który zdążył już pobłądzić i opamiętać się, dość młodego, aczkolwiek przebywającego w Rotrii od roku i absolutnie zakochanego w tym małym zakątku sieci. Proszę mi zatem wybaczyć ewentualne potknięcia merytoryczne, to tylko moja bardzo subiektywna ocena.

Przybyłem do Rotrii kilka dni po rozpoczęciu pierwszego pontyfikatu Piusa VI. Trudno mi zatem porównywać go z poprzednimi Biskupami Powszechnymi na podstawie własnych doświadczeń. Mogę oprzeć się jedynie na zasłyszanych informacjach i opowieściach starszych Braci. Powszechnie jednak wiadomym jest, że czas, w którym Ojciec Święty wkraczał na Złoty Tron, był czasem burzliwym i niebezpiecznym. Stolica Apostolska nie cieszyła się wówczas stabilizacją, przeciwnie, jej losy stanęły pod znakiem zapytania. Zaś ostatni rok, niezależnie jak ocenimy ten czas pod względem aktywności, był okresem spokoju, braku większych kłopotów i poważnych zawirowań. Wszelkie problemy, które mogły zagrozić Kościołowi Powszechnemu, były szybko rozwiązywane. Guliano Montini, który podburzał do buntu przeciwko Biskupowi Powszechnemu został szybko ekskomunikowany, a głoszone przez niego herezje sprostowane. W efekcie relacje rotryjsko-suderlandzkie (bo to one były najbardziej narażone na szkodę) pozostały nienaruszone. Również narodziny Kościoła Ekumenicznego spotkały się z szybką i ostrą reakcją, a prędko nastał jeden pasterz i jedna owczarnia. Owszem, w tym drugim wypadku niekoniecznie istnienie korelacji wiąże się z zachodzeniem przyczynowości. Weźmy jednak pod uwagę, że Kościół Rotryjski przeszedł przez ten rozłam bez szwanku i dziś jest on jedynie epizodem historycznym, nota bene wartym podjęcia na naszej Alma Mater. Kto wie, może nawet ja sam zdecyduję się spisać o tym pracę, bowiem jestem uczestnikiem tych wydarzeń, co więcej, ze strony schizmatyckiej.

Pius VI dał nam również więcej niż stanowią wszystkie piksele ziem na mikroświatowej mapie. Zyskaliśmy swoje namacalne miejsce w przestrzeni Internetu, własny serwer, na którym spoczywają nasze państwowe witryny. Jeśli ktoś spośród szanownych Czytelników uzna, że jest to kwestia drugorzędna, śpieszę z wytłumaczeniem, iż jest w błędzie. Wszelkie darmowe serwery mają tylko jedną zaletę – są darmowe. Prócz tego, dane są na nich narażone na niebezpieczeństwo ich utraty, zdarzają się poważne problemy z działaniem strony, czy nawet obniżony jest prestiż właściciela witryny. Pragnę skupić się na tym drugim, bowiem podczas mojego rocznego pobytu w Rotrii byłem świadkiem jednej poważnej awarii, która wręcz uniemożliwiła korzystanie z forum przez kilka długich dni. Dziś te problemy się nie zdarzają. Ponadto, strona działa teraz wyraźnie sprawniej i szybciej. Wreszcie, mamy dziś piękną stronę główną, którą warto promować i informować o jej istnieniu za granicą. Spotkałem się już z komentarzami osób, które były zaskoczone jej istnieniem, gdy odnalazły odnośnik do niej na witrynie Towarzystwa Jezusowego. Strona jest piękna i stanowi doskonałą wizytówkę Patrymonium Świętego Pawła. Udało się też odzyskać archiwalne forum, posiadające ogromną wartość historyczną. Otwarte zostały drzwi dla rzesz historyków, którzy mogą odtąd czerpać garściami z bezcennego i niekończącego się zasobu źródeł pisanych oraz rzeczowych. Niestety, nikt z tej szansy nadal nie korzysta, a bardzo szkoda.

Niewątpliwie ogromny jest w tym udział Jego Eminencji Orjona von Thorn-Surmy, jednak nie podlega dyskusji, że są to zasługi również Ojca Świętego, który był zapewne pomysłodawcą i koordynatorem prac. Dla mnie osobiście, jako młodego i do jeszcze niedawna początkującego Rotryjczyka, jest to niezmierzone ubogacenie, że z tak bliska mogę obserwować przeszłość mojej Ojczyzny, a ponad wszystko Kościoła.

Wspomnieć warto o Signorii, bowiem jej istnienie jest jedną z większych zasług Ojca Świętego Piusa VI. Można rzec, że Patriarcha dał wędkę zamiast ryby. Nawet jeśli sam w pewnych momentach nie wyrażał nadmiernie swej aktywności, dał Rotryjczykom ogromne pole do samodzielnego działania i generowania pozytywnego zamieszania. Niestety, Lud Rotrii od dłuższego czasu nie odwiedza już Sali Obrad, która straszy pustkami. Jak zatem zarzucać Patriarsze, że robi niewiele, skoro sami grzeszymy tak samo, jeśli nie jeszcze bardziej? Tu wszyscy, jak jeden mąż, winniśmy uderzyć się w pierś mówiąc mea culpa, mea culpa, mea maxima culpa.

Pragnę jeszcze poruszyć kwestię niezwykle ważną dla mnie osobiście, a także dla Towarzystwa Jezusowego. Otóż kardynał Albert Orański, jako Biskup Powszechny, uczynił mnie Generałem tejże wspólnoty. Nie przypisując sobie żadnych zasług, bo przecież sukces Towarzystwa jest naszym wspólnym dziełem, muszę przyznać, że był to krok, który dał Rotrii naprawdę wiele. Przecież gdyby nie ta decyzja, Zakon najpewniej umarłby śmiercią naturalną. A dziś? Dziś zrzesza ośmiu duchownych, wydaje popularną gazetę, rozpoczyna ekspansję na inne państwa mikroświata. Bez jednego brewe Piusa VI żadna z tych rzeczy nie miałaby miejsca. Całe Towarzystwo Jezusowe jest winne wdzięczność kardynałowi Orańskiemu i każdy nowicjusz powinien się o tym uczyć.

Roczny pontyfikat Piusa VI dał Rotrii przede wszystkim stabilizację, co stwierdził sam były Patriarcha i doskonale opisał podczas Audiencji Generalnej. Tu stajemy przed zasadniczym pytaniem, bo odpowiedź na nie będzie naszym punktem odniesienia w ocenie Piusa VI. Co jest ważniejsze: aktywność, czy stabilność? W mojej opinii obie są równie wartościowe. Zatem mówienie o tym, że były Ojciec Święty niewiele Rotrii dał, bo nie był wówczas, jak to już określono w tym dyskursie, animatorem, jest głoszeniem jedynie półprawdy. Być może dzięki tej elekcji sprzed roku możemy właśnie teraz rozmawiać o niej i głosić swe przekonania na łamach rodzimych rotryjskich gazet?

Ktoś może pomyśleć, że pragnę przypodobać się Jego Eminencji Albertowi Orańskiemu. To nieprawda, bo nasze relacje nie wymagają poprawy, choć w marcu skierowałem ku niemu wiele gorzkich słów. Ja osobiście wiele Piusowi VI zawdzięczam i wręcz czuję się zobowiązanym stanąć w jego obronie, gdy jest tak intensywnie atakowany. Tak samo, co jest stanowiskiem dość niepopularnym, nie włączę się nigdy do publicznego głoszenia złych słów o śp. Severinie Castiglionim, choć niezaprzeczalne jest, że pod koniec swego v-życia działał na szkodę Kościoła Rotryjskiego. Lecz wdzięczność za dobro, które dla mnie uczynił u początków mojej drogi, wymaga ode mnie dozgonnego zachowania szacunku wobec jego osoby.

Nie jestem też negatywnie ustosunkowany do głoszenia poglądów krytycznych. Jestem wręcz za. Na tym polega zdrowa dyskusja, relacje w poprawnie funkcjonującej społeczności, że wymieniamy się opiniami i nie boimy się ich głosić, a także wypominamy sobie wzajemnie popełniane błędy, pomagając się poprawić. Zwłaszcza, jeśli krytyka jest rzeczowa. Czyńmy to dalej i nie przestawajmy, bo to właśnie generuje aktywność, o której tak wiele mówimy. Patriarcha Pius VI miał wady, czasem poważne. Dokładnie tak samo jak każdy z nas i zapewne tyle samo co my wszyscy, każdy z osobna. Bo był jednym z nas, lecz to na nim położono trudne zadanie, ogromny obowiązek i odpowiedzialność zarządzania Winnicą Pańską w świecie wirtualnym.

Piszę ten artykuł, bo chcę głośno powiedzieć, że pontyfikat Piusa VI nie był dla Rotrii czasem straconym, a czasem obfitującym w cenne szanse, często przez nas niewykorzystane. Był czasem stabilizacji, czasem zrównoważonego rozwoju. Choć jak w każdym wypadku, zawsze może być lepiej. I wierzę, że w przyszłości będzie.

To długi artykuł, bo o rzeczach ważnych mówi się wiele. Wierzę jednak, że jasno wyraziłem w nim swoje stanowisko. Dziękuję i z serca błogosławię tym, którzy dotarli do końca.

 

0005K4BFLJURA5TR-C116-F4-2.jpg

Jezuici okiem niejezuity – Carlo Lorenzo de Medici y Zep

Autor artykułu: Jego Wielkoksiążęca i Arcykatolicka Mość Carlo Lorenzo de Medici y Zep

Ostatnimi czasy można zauważyć w Państwie Kościelnym Rotria ogromną aktywność. Jego Świątobliwość jako Głowę Państwa Kościelnego, oraz mnie, jako członka kolegium informacja ta ogromnie cieszy, ponieważ naszym głównym celem jest rozwój Rotrii. Głównym ośrodkiem rozwoju stał się mały Klasztorek Jezuitów, który sam jako patriarcha Leon III ustanowiłem. Co takiego posiada Towarzystwo Jezusowe, że w ostatnim czasie zyskało bodajże 5 członków?

Zadziwić może odpowiedź, ale uznaję ją w sensu stricto subiektywną. Potrzeba wspólnotowości oraz pewnego rodzaju tajemnicy. Kościół jest jedną, wielką wspólnotą wiernych. To fakt niezaprzeczalny w teologii. Niemniej człowiek ma potrzebę nie bycia anonimowym, łączyć się w mniejsze wspólnoty, gdzie będzie pracował jako konkretna osoba. W Owczarni Pańskiej jesteśmy wierzącymi, ale już w Kole Różańcowym jestem konkretną osobą modlącą się konkretną tajemnicą, a nawet i zelatorem. Ta potrzeba wspólnotowości jest bardzo mocno widoczna wśród duchownych rotryjskich. Ciągle łączymy się w koła, organizacje, społeczności. Kolegium kardynalskie jest jedną wspólnotą, która trzyma ze sobą dobry kontakt. Wspólnota kurialna pracuje dla dobra państwa. Wspólnota mieszkańców Mediolanu dba o dobrobyt swojego miasta. Co jednak z tymi, którzy rozpoczynają swą przygodę z Rotrią? Nie mają zbyt wielu dróg rozwoju na początek. Dlatego też zapisują się do Zakonu Jezuitów. Wspólnota ta gromadzi wielu nowicjuszy, diakonów i kapłanów w jedną usystematyzowaną grupę z jednym celem – rozwój Kościoła oraz niesienie naszej wiary dalej i dalej. Tutaj nawet najmłodszy użytkownik od razu zostaje „kimś” (uznajmy jednak, że nie chodzi o to by „kimś” być) – tu proboszcz w Rotrii, tam pomocnik zagranicą i praca oraz CV się rozwija. Dlaczego wspólnota? Ponieważ jest dobrze zarządzana. Wiele osób nie lubi brać na siebie zbyt dużej odpowiedzialności. Wolimy to poświęcić komuś. I tu dobry zarządca dobiera odpowiednie predyspozycje osoby do dobrej pracy. Prawdziwa istota „Ad missio”! Być posłanym. To jest cel wspólnotowości – posłanie. Ten cel Zakon Jezuicki wypełnia znakomicie.

Drugą cechą Jezuitów jest kwestia tajemniczości. Lubimy kiedy coś jest tajemnicze, sekretne, niedostępne dla wszystkich. Dlatego wszyscy z oczekiwaniem wyglądają białego dymu po konklawe, domyślając się relacji z głosowania, która dla wszystkich prócz kardynałów jest tajemnicą. Jezuici tę potrzebę sekretów wypełniają. Mało kto, będąc nie-jezuitą, wie co dzieje się za sekretnymi drzwiami tajnych kolegiów i spotkań. Tym bardziej cieszy to członków Zakonu, że wiedzą coś, czego nie wiedzą wszyscy. Że za zamkniętymi drzwiami (pod kluczem wręcz) decydują „o losach Kościoła”, bo po to zostali stworzeni Jezuici – aby decydować o losach Kościoła i być prawą ręką Patriarchy w świecie.

Te dwie cechy Societas Iesu zadecydowały o jego ogromnej sile w Kościele Rotryjskim i w świecie. Z dnia na dzień w wielu diecezjach powstają jezuickie parafie i ośrodki, a Jezuici „wypełniają” mikroświat. Oby udało się im ten cel wypełniać, a Zakon stanie się głównym motorem napędzającym aktywność w mikroświecie. Tego osobiście, jako nie-jezuita, im życzę.

Quo vadis, Pollinie? – dk. Nicolas Dreder SJ

Autor artykułu: ks. dk. Nicolas Dreder SJ

Wyobraźmy sobie, że dzisiaj mamy 20 listopada 1990 r. Po kolacji, oglądając wieczorne wydanie Dziennika Telewizyjnego, prawdopodobnie usłyszymy o odebraniu w Krakowie pierwszego listu elektronicznego – zwanego fachowo e-mailem. Dzień ten, umownie uznawany jest za narodziny polskiego internetu. Platformy, która umożliwia nam korzystanie z portali społecznościowych, robienie zakupów, oglądanie filmów czy słuchanie muzyki. Internet ma również wiele innych możliwości, a gdzieś tam, na szarym jego końcu plasuje się działalność mikronacyjna.

5 lat po odebraniu pierwszego meila, były widoczne fundamenty działalności Internetu w Polsce. Pojawili się pierwsi komercyjni dostawcy, jak również TP S.A. umożliwiała korzystanie z Internetu za pośrednictwem kabla telefonicznego. Komputery stawały się coraz mocniejsze, a w odległych Stanach Zjednoczonych Bill Gates zaprezentował światu legendarny już Windows 95! Zapewne wśród starszych czytelników odżyły wspomnienia i niejeden z nich uronił łzę wzruszenia. W tym samym roku, w strukturach wciąż raczkującego Internetu w Polsce powstaje – dziś uboga, a w tamtych czacach niezwykle zaawansowana technologicznie – grupa dyskusyjna promująca Internet w Polsce, o nazwie – Polska Społeczność Internetu. Dlaczego o tym pisze? Dlatego, że kilka tygodni po jej powstaniu, grupa studentów utworzyła protoplastę dzisiejszych mikronacji, która znana jest jako Wolne Miasto Evilstone. De facto jego założyciele nie określali się mianem „mikronautów”, ani też swojego państwa nie nazywali „mikronacją”. Oni nie znali tych pojęć, te zaś zostały wprowadzone kilka lat później, będąc zwrotami zapożyczonymi z zachodnich wzorców.

Słoneczne lato 1998 roku przyniosło nam – istniejące do dziś – Królestwo Dreamlandu, którego twórcą został TomBond. Królestwo było pełnoprawnym państwem wirtualnym i przez część osób jest uznawane jako pierwsze, które powstało w polskim ruchu mikronacyjnym. 4 lata później, 25 maja 2002 roku powstała Sarmacja, a kolejne 3 miesiące później – Scholandia. Przez długi okres, ta trójka była uznawana „Wielką Trójcą Polskiego Mikroświata”, miały te mikronacje pewnego rodzaju monopol na dominację Mikroświata i przez długi czas skupiały najwięcej obywateli.

Lata mijały, dostęp do Internetu zyskiwało coraz więcej osób, z których niewielka garstka decydowała się zamieszkać na Pollinie. Część osób do dziś nie wie, że istnieje coś takiego jak Polski Wirtualny Świat, a ci, którzy wiedzą o jego istnieniu na pewno nie żałują zamieszkania w nim. Wraz z upływem czasu zmieniały się również trendy i ambicje ludzi. Z czasem samo odzwierciedlanie działania państwa stało się nudne i niewystarczające, pojawiły się więc symulacje polityki, w tym różnych intryg i spisków. W Mikroświecie zadebiutowały również państwa historyczne, zwane też pogardliwie „kseronacjami”, które w swym założeniu miały być wirtualną kopią realnego odpowiednika. Do dzisiaj przetrwały tylko dwa z tych państw – ojczyzna autora, Państwo Kościelne Rotria oraz położona na Nowym Kontynencie Rzeczpospolita Obojga Narodów. W przeciągu kilkunastu lat dane nam było zamieszkać w w setkach państw. Mogliśmy stać się poddanym Jego Cesarskiej i Królewskiej Mości w Monarchii Austro-Węgierskiej, w odwzorującej najpierw Królestwo Greckie, a potem Republikę Grecką – Surmenii; w Skarlandzie, który nawiązywał do realnej Hiszpanii. Istniały też tak egzotyczne państwa, jak Samunda, która pozwalała nam zamieszkać w jednym z afrykańskich plemion czy Republika Ludowa Siedmiogrodu, gdzie mogliśmy zostać komunistą. Oczywiście to tylko kilka z państw, które przez lata tworzył Polski Mikroświat.

W kolejnej części artykułu pragnę się skupić na tym, co sprawiło, że Pollin kurczy się w oczach. Rozważyć problem, z którym mikronauci borykają się od wielu, wielu lat. W pierwszej kolejności przychodzi mi do głowy nieuniknione starzenie się społeczeństwa i brak następców w ich miejsce. Wiemy, że Mikroświat to środowisko zamknięte, które w większości tworzą te same osoby. Część z nich po prostu przegrała walkę z chorobą, która powszechnie znana jest jako realioza. Kolejna grupka przegrała walkę z syndromem wypalenia, który nie pozwolił im na dalszą aktywność. Byli zmuszeni odejść i porzucić mikroświat, lecz na ich miejsce nie przybyło zbyt wielu nowych obywateli. Czy jednak mikronacje są na tyle nudną rozrywką, że ciężko przyciągnąć młode osoby? Czy zabierają niewiadomo ile wolnego czasu? Nie i nie! W  dobie smartfonów w każdej chwili możemy rzucić okiem na forum czy komunikator, aby być na bieżąco. Również napisanie wiadomości na urządzeniach mobilnych nie jest wyzwaniem. Dla niektórych wręcz jest wygodniejsze niż korzystanie z klasycznego PC czy notebook’a. Mimo wszystko, mając te wszystkie udogodnienia, które – jak się pozornie wydaje – ułatwiają funkcjonowanie w mikroświecie, nowych przybyszy nie widać. Także przez lata mojej działalności byłem świadkiem wielu – jak widać po czasie, niezbyt udanych – prób promocji Wirtualnego Świata poza jego granicami. Jak wszyscy wówczas sądzili, głównym polem do popisu w dziedzinie promocji, będzie Facebook i jego potęga. Niestety, jak dziś widzimy, portale społecznościowe nie dały nam tych owoców, których wtedy wszyscy oczekiwali. To tylko utwierdziło nas w przekonaniu, że Polski Mikroświat jest skazany – niczym Titanic na górę lodową – na upadek. Prawdopodobnie wszyscy o tym wiemy, lecz nikt z nas nie dopuszcza tej myśli do siebie, gdyż każdemu z nas leży na sercu dobro tego, co było naszym wspólnym dzieckiem. Co możemy zrobić w tej sytuacji? Nie wiem. Nie mam pojęcia. Nie mam żadnej koncepcji, lecz chciałbym zadać Wam – szanowni czytelnicy – pracę domową. Mamy sezon wakacyjny, część z nas beztrosko wypoczywa, np. leżąc na plaży – proszę, niech każdy poświęci 5, 10 albo nawet 15 minut na analizę sytuacji Polskiego Mikroświata, na przyczyny jego słabej i wciąż słabnącej popularności; jak można go ulepszyć, aby stał się prostszy i bardziej zrozumiały dla nowych mieszkańców. Kto wie – może ktoś z nas wpadnie na genialną myśl i będziemy świadkami epokowego skoku i na nowo przywrócimy blask Pollinowi.

Podsumowując, Mikroświat znalazł się na krawędzi, na tej samej krawędzi, na której znajduje się od conajmniej 10 lat. Pamiętam moje początki, lata mojej młodości – był to rok 2008, Pollin zamieszkiwało jakby więcej osób, popularność Internetu była na fali wznoszącej i proszę mi wierzyć – już wtedy dało się słyszeć głosy o kryzysie personalnym. Mijały kolejne lata i ludzie opuszczali Pollin, niektórzy na stałe, niektórzy chwilowo. Po tych 10 latach mogę śmiało stwierdzić, że jest nas – Mikronautów – dużo mniej, ale same Mikronacje wykonały ogromny skok do przodu – jakościowy i klimatyczny. To pierwsze dwie cechy, które rzucają się w oczy. Mimo to, nie przyciąga to nowych mieszkańców. A więc co ich przyciągnie?…

Grunt to dobre „Towarzystwo”! Wywiad z najmłodszym rotryjskim duchownym, ks. Silvestrem Silwanelli

Ks. Silvestro Silwanelli to jeden z najmłodszych rotryjskich prezbiterów, jednocześnie, podobnie jak np. Michelangela Piccolominiego, uznać go można za nadzieję Państwa Kościelnego. Gazeta Ad maiorem Dei gloriam! porozmawiała z ks. Silwanellim, aby poznać jego spojrzenie na Państwo Kościelne, w którym stawia pierwsze kroki.

Aurelio de Medici y Zep: Laudetur Iesus Christus! Witam Księdza serdecznie!

Silvestro Silwanelli: Na wieki wieków Amen. Również witam.

Jest ksiądz najmłodszym rotryjskim duchownym, a pomimo tego bardzo aktywnym. Dał już ksiądz poznać się jako utalentowany kapłan, a w przeciwieństwie do wielu początkujących, nie odszedł ksiądz krótko po przybyciu. Co zatem sprawiło, że zdecydował się ksiądz pozostać w Rotrii na dłużej? Co księdza trzyma w Stolicy Apostolskiej?

Po pierwsze interesuje się historią kościoła katolickiego dlatego Rotria to dla mnie Raj w mikroświecie. A drugi powód to to że trafiłem w dobre „Towarzystwo”.

Jeśli już o tym mowa, co kierowało księdzem w momencie wyboru ośrodka kształcenia na duchownego? Dlaczego właśnie Jezuici?

Właściwie chyba to że w Towarzystwie Jezusowym był większy „Ruch” ale nie wiem co naprawdę mnie kierowało. No w sumie źle powiedziałem to Bóg mnie prowadził jak prowadzi każdego z Nas.

W perspektywie tych kilku minionych tygodni spędzonych w Towarzystwie Jezusowym, jakie są księdza wrażenia?

Jezuici są najbardziej „Towarzyscy” i aktywni. Ale nie chce rzucać jeszcze takich wniosków, bo trochę za krótko jestem w Rotrii ale odkąd tu jestem to Jezuici są najbardziej aktywni.

Niedawno miało miejsce konklawe, najbardziej wyczekiwane i lubiane przez Rotryjczyków wydarzenie. Ostatnie konklawe było księdza pierwszym w życiu. Jakie są księdza pierwsze wrażenia?

Było bardzo emocjonujące. Chyba najbardziej wyczekiwanie dymu przynajmniej czarnego. Choć warto było czekać gdyż już następnego dnia ujrzeliśmy biały dym ogłaszający wybór nowego Ojca Świętego i mojego imiennika Sylwestra I.

Czy zatem konklawe jest rzeczywiście tym, dla czego najbardziej warto być w Rotrii?

Nie tylko, ale oczywiście konklawe jest bardzo ciekawe i emocjonujące, choć istnieje mnóstwo powodów dlaczego warto być w Rotrii.

Co możnaby wymienić wśród tych powodów?

Trudne pytanie, więc odpowiem trochę ogólnikowo jak na kiedyś zadane mi „Jaki jest sens życia” Życie jest po to żeby żyć, a Rotria po to żeby być aktywnym i angażować się w życie Rotrii, a nie „gapić się w puste forum”.

Zatem czy na ten moment może ksiądz stwierdzić, że Rotria to księdza miejsce?

Tak zdecydowanie to moje miejsce.

Na koniec naszej rozmowy pozostawiłem trudne pytanie, zwłaszcza, że rozmawiam z młodym i początkującym duchownym. Gdyby zamienił się ksiądz miejscami z Jego Świątobliwością, co chciałby ksiądz zmienić lub uczynić w Patrymonium Świętego Pawła?

Nie wiem, Jego Świętobliwość wybrał Duch Święty i dlatego to Jego Świętobliwość wie najlepiej co uczynić. Zapewniam Duch Święty się nie myli.

Serdeczne Bóg zapłać za rozmowę!

Również Bóg zapłać. Z Bogiem.